Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felieton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felieton. Pokaż wszystkie posty

środa, 12 lutego 2014

Multi-tasker

          Z biegiem czasu, nawet najbardziej oporne osoby znajdują sobie parę. Ideałem jest związek oparty na szacunku, przyjaźni, uczuciu i dopasowanej cielesności. Dobrze jest nawet w momencie, gdy obydwie osoby decydują się na odrzucenie uczuć i dowolne czerpanie radości z niezobowiązującej znajomości. Ciężko jest jednak dla każdej ze stron wyrzucić całkowite niezaangażowanie. Gdy dochodzi do momentu, kiedy zasady zostają złamane, ta znajomość powinna zostać rozwiązana. Ludzie jednak popełniają mnóstwo błędów, najczęściej wchodzą nie dwa, a dziesięć razy do tej samej rzeki, a najbardziej pociąga ich to, co niezdrowe i wyniszczające dla psychiki, moralności oraz instynktu samozachowawczego. Niesamowicie trudno znaleźć kogoś, przyjaciela, kochanka, pomocnika w jednej osobie. Czy dlatego coraz częściej decydujemy się na rozdzielenie tych funkcji i posiadanie oddzielnych znajomości do osobnych zadań. Nie generalizując, czy aby przypadkiem coraz większe ułatwienia w naszym życiu nie przerzuciły się także na związki? Tak jak o jedzenie, nie troszczymy się też o bycie potencjalnym, łączącym wszystkie funkcje partnerem. Nie ma widać takiej potrzeby.

          Jeżeli przy obecnym tempie życia trudno nam pogodzić pracę z domem, naukę z przyjaźnią, hobby z miłością, to jakim cudem mamy mieć czas na pracę, dom, naukę, przyjaźń, hobby i miłość naraz? 
          W jakim momencie życia obudzimy się nagle, samotni pomimo przyjaciół i rodziny, mówiąc, że za kilka lat, na starość, gdy zostaniemy sami, chcemy być po prostu z kimś, kto nas rozśmiesza. 



- wpis ten dedykuję Ani i Wojtkowi - parze, która jest całkowitym zaprzeczeniem wszystkich moich oskarżeń, w ramach zasady, że to wyjątek potwierdza regułę

 

 

 

 

sobota, 8 lutego 2014

O obyczajowości słów kilka.



Obyczajowość, zwyczaje, moralność. Co łączy te trzy rzeczy? Co jest Wspólnym Mianownikiem i gdzie leży granica jego przekroczenia? Rozmawiając o sprawie moralności z łatwością dojść można do wniosku, że właściwie mowa jest tu o rzeczach nieopisywalnych. Żadna sytuacja nie przydarza się dwa razy i żadnej z nich nie da się zaplanować. Prawdą jest także fakt, że nie mamy pewności, jak w konkretnej sprawie zachowałaby się inna osoba, bo nie znamy granic jej Wspólnego Mianownika. A może nikt z nas ich nie zna?

Pewnie nie raz zetknęliście się z pewnym dysonansem w kwestii obyczajowości. Otóż, czy nie jest dziwnym fakt, że mężczyznom wolno więcej? Tu mam na myśli zachowanie wobec kobiet, ich pełną wolność seksualną, ich prawo do mówienia co chcą i kiedy chcą. Dla nich jest to objaw „męskości”, standardowa postawa, do której są przyzwyczajeni w takim stopniu, że zdają się tego nie zauważać. Jednocześnie sprytnie zmniejszają wartość swojej wolności przed kobietami. Z poczucia wyrachowania? Wczoraj zetknęłam się ze słowami mówiącymi o kobietach, jako istotach wyższych, którym mężczyźni podlegają.  I to ma być wymówka? Wymuszona i fałszywa uniżoność w zamian za wolność? Kto wymyślił te zasady i dlaczego tak wiele kobiet się na to zgadza. W imię czego trwa  przyzwolenie na nierówności społeczne, i to w dobie, gdy zza każdego zakątka wygląda gender, czyli sztandarowa agenda równouprawnienia. Dlaczego kobiety i mężczyźni nie mogą chcieć tego samego? Na równi nie mogą poczuć chwilowej słabości, tymczasowych pragnień. W końcu jesteśmy tacy sami… prawda?

          Jak długo będziemy dusić się w okowach zastanej obyczajowości, przed sobą mając tylko jej mało smaczną odsłonę. I jak odnaleźć granice Wspólnego Mianownika, skoro poszukiwania mogą zaprowadzić nas w miejsce, w którym nie chcielibyśmy się znaleźć.

http://media.photobucket.com

środa, 5 lutego 2014

Przeciętność w cenie



     Usłyszałam wczoraj zdanie - „Dzisiaj wszyscy są tak przeciętni, że robiąc cokolwiek powyżej tej normy stajecie się widziani i zauważani”, zdanie, które utknęło głęboko w mojej świadomości.  Odrobina wręcz, minimum wysiłku sprawia, że wyróżniamy się na tle szarego i monotonnego społeczeństwa, do którego od wczesnego dzieciństwa czuję absolutną niechęć. Nie twierdzę, że gardzę nim, bynajmniej. Zwyczajnie bałabym się wstąpić w szeregi tego jednolitego tłumu, upowszednienia mnie samej. W początkach tej świadomości byłam pewna, że moje odczucia są wielce egoistyczne i zdecydowanie zbyt wygórowane. Obawiałam się reakcji Szarych, ich wyrzutów i pretensji. Obawiałam się też samotności – od zawsze napawała mnie ona jakimś lękiem, poczuciem odrzucenia. I z biegiem lat potrafiłam przezwyciężyć chęć zrównania się z Szarymi. Nadal jednak, pomimo upływu lat, nie potrafię pogodzić się z samotnością, szczególnie tą przymusową. 

     Ludzie choć w części świadomi swojego potencjału, świadomi swoich możliwości, świadomi prawa głosu i tego, że mogą swobodnie kształtować swoją przyszłość, nie zawsze czują się z tym wszystkim całkowicie swobodnie. Natrafiają na mnóstwo przeszkód, na „szufladki”, na innych ludzi, którzy doświadczeniem zagarnęliby okręg wolności mniej doświadczonego. Na nie do końca przyjazne opinie, z którymi muszą się pogodzić (bądź też nie). Wyobraźcie sobie, jak szalenie trudne do przezwyciężenia są te problemy bez odpowiedniej pomocy, wsparcia lub samozaparcia. W pewnym momencie każde słowo zachęty, aprobaty jest na wagę złota. Każdy publicysta jest narażony na szufladkowanie. Szczególnie w Polsce, gdzie istnieją trzy obozy – lewaków, konserwatystów i tych, którzy szydzą ze wszystkiego i wszystkich. Nie da się odnieść sukcesu żyjąc poza szufladami, w uniwersum zwanym „zdrowym rozsądkiem”. Wchodząc do jednej szuflady automatycznie otwierają się drzwi do portali internetowych, tygodników i stacji telewizyjnych. Każda z szuflad żyje w przekonaniu o posiadaniu monopolu na prawość i prawdę. Każda z nich jest w swoisty sposób pocieszna, jeśli patrzeć na styl zawsze jednolitego sposobu wypowiedzi. Przeraża mnie jednak ich brutalność oceniania oraz fanatyzm. W życiu nie istnieje wszakże system 0:1. Nie istnieje doskonała czerń oraz nieskazitelna biel. Mam wrażenie, że większość Świadomych nie zdaje sobie z tego sprawy (albo konsekwentnie nie przyjmuje tego do wiadomości, w ramach zasady „jeżeli odepchnę ten fakt wystarczająco daleko od siebie, to analogicznie przestanie on istnieć”).

      Ogromnym współczuciem darzę Świadomych, którzy z przyczyn niezależnych muszą otaczać się Szarymi. Tak się dzieje, gdy nie można łatwo zmienić środowiska – w pracy, w szkole, kiedy poczucie samotności (pomimo przebywania wśród innych ludzi) wzrasta. Wtedy przydaje się umiejętność asymilacji i krótkotrwałej zmiany co do wymagań względem innych. Problem występuje, gdy ta zmiana przypasuje do gustu. Wtedy szarość przyciąga, a wraz z nim życie łatwiejsze o brak wymagań względem innych, o brak problemów natury egzystencjonalnej, gotowe wzorce zachowań i łatwość w wydawaniu osądów. Jak widać, nie ma najlepszego wyjścia, kiedy trzeba wybrać tylko dwie z trzech wartości: niezależności, zdrowego rozsądku oraz sławy. 



poniedziałek, 27 stycznia 2014


Nie czytasz? Zacznij!
Czytasz? Nie przestawaj!

Niedawno miałam bardzo przyjemną (i rzadko spotykaną) okazję, aby porozmawiać o literaturze i kinie. Po tej niezobowiązującej rozmowie dotarło do mnie, że wychodząc z domu drastycznie spada możliwość ciekawej i merytorycznie bogatej rozmowy na temat książek czy innych wyższych przybytków kultury. Dlaczego tak się dzieje?

Według danych Biblioteki Narodowej Polaków czytających jest 38%. 60% z nas przez rok nie tknęło żadnej książki. Tylko 8% nastolatków zagląda do książki codziennie. Tendencja pokazuje, że statystyki te są i będą coraz bardziej zatrważające. Dlaczego naszemu narodowi brakuje tego „czytelniczego pierwiastka”? Mam wrażenie, że błędy popełniają już rodzice, dziadkowie, którzy dzieciom w ogóle nie czytają. W szkole, gdzie nacisk kładzie się na jak najszybsze „przerobienie” materiału, nie ma czasu na dogłębne analizowanie książek, nie widać także tej piekielnie ważnej chęci ani ze strony nauczycieli, ani ze strony uczniów. Następnie ci sami uczniowie idą do gimnazjum, gdzie serwuje im się książki opasłe i przystosowane do społeczeństwa sprzed kilkudziesięciu lat – tego czytającego. W książkach tych brakuje przemocy, agresji, trywialności i dużej czcionki, więc zainteresowanie 14-latka spada do minimum. Jedyna nadzieja w nauczycielach z pasją, którzy przynajmniej części tej gawiedzi zaszczepią owy „pierwiastek”.

Każdy Czytelnik wybrał swoją własną drogę do literatury wartościowej. Dla niektórych były to książki Alfreda Szklarskiego, Rafała Kosika czy J. K. Rowling. Z czasem dzieła te stają się bardziej i bardziej wymagające, jako odpowiedź na coraz większy głód intelektualny. Zdarza się, że Młodym Czytelnikom towarzyszy lęk (często bezpodstawny) przed niezrozumieniem, niepodołaniem intelektualnym, co potrafi psuć radość z czytania. Ten sam lęk siedzi w każdym z nas, i Czytelnikach, i Nieczytelnikach. Problem tkwi w poskramianiu go i przezwyciężaniu. W całej tej nagonce na Nieczytających zetknęłam się również z pewnego rodzaju dumą. Jakkolwiek niezrozumiałą dla mnie, być może jest ona jakimś logicznym i pokracznym wybrnięciem z żenującej sytuacji nieczytania. „Nie czytam, i jest mi z tym dobrze” – mówi delikwent, a opinia społeczna mu przyklaskuje. I rzeczywiście, jest to jakiś mały głos dyskusji wśród tych, które w ogóle nie istnieją, z czystego braku zainteresowania. I jaką postawę mają przybrać Czytelnicy, na tak odważny akt przyznania się do własnej maluczkości? Nie można ganić, w imię tolerancji. Nie można też przejść obojętnie, bo duma nie pozwala. Dobrego wyjścia nie ma, należy tylko podkreślać wielorakie zalety obcowania z książką. Gwoli ścisłości, czytanie rozwija nas pod względem intelektualnym, emocjonalnym, wzbogaca naszą wiedzęo świecie, poprawia nasze umiejętności językowe, pobudza wyobraźnię. Razem z bohateramiksiążek śmiejemy się i płaczemy. Tego nie sposób doświadczyć przy najlepszym nawet filmie.

Zamykając powoli ten krótki artykuł apeluję do wszystkich z was – dajmy książkom szansę. Nawet zaczynając od tych niewymagających, z czasem nasza wyobraźnia, nasz umysł, zapragną czegoś więcej. Ta potrzeba będzie coraz bardziej wymagająca, a przezwyciężając lęk powoli dojdziemy do najwyższych półek – i z książkami, i z naszymi możliwościami.

A dla najwierniejszych fanów słowa pisanego – zaprzyjaźniony portal http://www.elita-libro.pl/, który potwierdza wyjątkowość literatury – jego niezobowiązującą elitarność.

niedziela, 12 stycznia 2014

Dystans potrzebny (na gwałt!)



Postarajcie się pomyśleć przez chwilę o typowym Polaku. Zwykłym, przeciętnym, z równie przeciętną pensją i wykształceniem. Czy w napływie przymiotników, większość z nich nie jest raczej smutna? Czy odtwarzając obraz takiej osoby w wyobraźni, nie nasuwa nam się obraz nędzy i rozpaczy? O czym to świadczy?

Myśląc o sobie, jako narodzie często jesteśmy ponadprzeciętnie samokrytyczni, z różnych pewnie względów. Mówimy  o sobie „polaczki”, często dodając pasujący do rymu gatunek warzywa o dosyć intensywnym zapachu. Co to mówi o nas samych? Jak nasze krytykanctwo przekłada się na stan rzeczywisty – nie wiem. Za to jestem pewna, że tak bardzo boimy się zmieniać cokolwiek (nie wspominając już o nastawieniu), że łatwiej było nam się pogodzić z rzeczywistością i nami samymi, niż zacząć daleko posunięte zmiany.

Idelna recepta na odtrucie wszechobecnych, negatywnych opinii na nasz własny temat jest abstrakcyjna. Zastanawiam się, jak ogromne kompleksy muszą w nas siedzieć i dlaczego przez wiele lat nie udało się ich wykorzenić. 

Szczęście – do tego dąży każdy Polak. I to szczęście dla każdego z nas jest czymś innym. Dla ¼ Polactwa sukces to luksusowe auto bądź dom nad morzem. Mam więc stuprocentową pewność, że gonienie za sukcesem według Polaków to wyłącznie sprawa pieniądza. Im ich więcej, tym jesteśmy szczęśliwsi. Poprawka – tym bardziej wydaje nam się, że powinniśmy być szczęśliwsi. Prawda jest całkowicie odmienna. Jeżeli przed posiadaniem majątku nie będziemy szczęśliwi, to żadne pieniądze nam tego nie zagwarantują.  

Wciąż nam mało. Wolnego od pracy, pieniędzy, szczęścia, mało dobrych polityków, mało ludzi reprezentujących kraj za granicami, jeszcze mniej w środku. Umniejszamy swoje prawdziwe sukcesy, jednocześnie wyciągając te absurdalne i przypadkowe. Wciąż tkwi w nas 18-wieczna buńczuczność o Chrystusie narodów i możliwości stawania w szranki z samym Bogiem. 
W dzisiejszych czasach nie można już być patriotą bez podpalania i demolowania. Bo tylko takie gesty trafiają przed oczy publiczności. Żadne sadzenie kwiatów i sprzątanie ulic. Ciekawi mnie, ile rodzin wykorzystuje wolny dzień 11 listopada na to, aby włączyć TV i obejrzeć państwowe obchody tego dnia. Szczęśliwe pochody, z uśmiechem na ustach. Dumne, pokazujące swoją radość, a przede wszystkim dystans. 

Dystans – to oprócz poczucia humoru cecha, której nam brakuje. Uzupełniają się one doskonale i potrafią zapewnić uczucie radości, które łatwo przekuć  na szczęście. Cieszmy się więc umiarkowanie z rzeczy pozornie małych. Jest deszcz zamiast śniegu? – pokornie cieszmy się z zalet deszczu i wad śniegu. Idzie sesja? Cieszmy się z możliwości wyspania i doskonale uprzątniętego pokoju. 

Rafał A. Ziemkiewicz napisał nawet książkę „Polactwo”, opisującą stan umysłowy i główne grzechy Polaków, prowadzące nas w prostej linii do momentu, w którym znajdujemy się teraz. Ale nie napisał jej po to, by nas pogrążyć. By nas zawstydzić (no, może odrobinę). Jego celem było wykrzesanie z nas odrobiny dystansu, pokazanie absurdów, wykazanie, że droga którą idziemy jest błędna. Polecam książkę każdemu Polakowi. Nawet, jeśli nie zgadzamy się z jej autorem, warto przeczytać. Właśnie po to, by nabrać tak bardzo potrzebnego dystansu.


wtorek, 31 grudnia 2013

I'm in the mood for Love

Zmarzłam. Siedząc na balkonie, popijając kawę z czarnego, znaczącego kubka, czytając świetny wywiad z Joanną Bator w świątecznym wydaniu Newsweek'a. Przemarzłam, ale mi z tym dobrze, bo siedząc w promieniach słońca kompletnie mi to nie przeszkadzało. Przekornie wzięłam ze sobą telefon, jakby w nadziei na... coś. Szczerze mówiąc, w nadziei na rozmowę. Rzeczywistość jednak (o zgrozo) okazała się okrutna i dosyć przewidywalna. Moje złudzenia zasmucają i raczej nie pomagają wyzdrowieć z relacji bynajmniej kreatywnej i budującej.

Kolejną frustracją jest brak samodyscypliny, która w końcu popchnęłaby mnie do stworzenia czegoś, dokończenia dzieła (zniszczenia) i wydania na świat czegokolwiek. Cały czas szukam inspiracji, a one rzeczywiście inspirują! Problem tkwi w tym, że nie umiem tego stworzyć, tego co dzieje się w mojej głowie. Nie chcę udowadniać, ale chyba w końcu powinnam - udowodnić sobie (i innym), że potrafię, umiem i nie mam z tym absolutnie żadnych problemów.

Gdziekolwiek bym się nie obracała w ciągu ostatniego tygodnia, wszędzie widać wszelkiego rodzaju podsumowania starego, a rokowanie, planowanie i składanie sobie (teraz) szczerych (bo potem niekoniecznie) obietnic na przyszły rok. I całkiem podświadomie odpowiadałam sobie na te same kwestie, jaki był ten rok? Jaki chciałabym, żeby był ten rok? Jak planuję spędzenie przyszłego roku? I doszłam do całkiem bystrego jak na własne możliwości wniosku - ten rok, patrząc pod kątem sukcesów i porażek, był jednym w i e l k i m pasmem porażek. Nie napisałam tyle, ile chciałabym napisać. Nie wyjechałam do Danii. Zmarł mój tata. Nie wygrałam żadnego konkursu. Wakacje minęły mi pod znakiem kłótni i pracy. Nie wyjechałam w żadne spektakularne miejsce. Poszłam na uczelnię, do której nie chciałabym pójść pod największą nawet karą. Straciłam kilkoro przyjaciół. Bezsilnie (ale z jednoczesną radością i tępym uczuciem zazdrości) przyglądałam się szczęściu kilku kolejnych przyjaciół.  Nie znalazłam miłości. Nie odniosłam sukcesu. Nic. Nic. Nic.
A teraz, po kilku linijkach gorzkiego podsumowania przyszedł czas na to zdanie - To był zdecydowanie najpiękniejszy rok mojego życia.
Nie wyjechałam do Danii, ale zostałam w Polsce, gdzie trafiłam na najlepszą chyba uczelnię świata, pełną świetnych ludzi, pełną świetnych nauczycieli, pełną kreatywności i miejsca do popisu. Umocniło się kilka związków z niektórymi ludźmi, utwardzając nasze relacje do pozycji 'stalowych'. Poznałam masę ludzi, uczestniczyłam i przyglądałam się kulturze tak blisko, jak nigdy przedtem. Przeprowadziłam się do pięknego mieszkania, które daje mi poczucie posiadania własnego, pięknego kąta. Zaczęłam pracę, która daje mi pieniądze i satysfakcję.
Jestem tak bardzo szczęśliwa. To szczęście poczułam dziś, około godziny 10:35, w samochodzie, słuchając Paolo Nutini, kiedy słońce oślepiało moją twarz, a ja - w całej tej beznadziejnej sytuacji zaczęłam się po prostu śmiać.

Zmarzłam dziś. I właściwie cały czas jeszcze mi zimno. Ale zimno mi w dobrym nastroju. Jak gdybym miała te wszystkie troski gdzieś daleko za sobą. I tego życzę wszystkim, z okazji idealnego pretekstu, aby zmienić cokolwiek.
A. M. B.

niedziela, 22 grudnia 2013

Christmas lonelines

Jakie z założenia powinny być święta?
Rodzinne, radosne, szczęśliwe, wesołe.
Jak więc ma się do nich moja samotność? Tak potężna i przejmująca.
Jeżeli rodzinne, to co, jeżeli spędzanie ich z rodziną nie jest jakoś szczególnie zajmujące?
Jeżeli radosne, to dlaczego nie umiem się radować? Weselić.
Jedyne w każdym razie co mi zostało, to szczęście, któremu ulegam każdego dnia. Nie przez cały dzień, ale na pewno każdego dnia delikatne i ciepłe poczucie szczęścia wkrada się w życie.
Dzisiaj? Obłędny zapach choinki, puszysty dywan, herbata z goździkami, pomarańczą i cytryną, sokiem malinowym. Do tego nowa książka Gombrowicza i gotowe. Ale nie takie święta są moimi wymarzonymi. Brak mi. Kogoś, czegoś. Niezidentyfikowanej osoby, bliskiej mi na tyle, aby móc zająć nią swój umysł.
Samotność. How to fight it?

sobota, 20 kwietnia 2013

Welcome to the generation spent.

Często zdarza się, że w czasie podróży spotkasz osoby, z którymi zamienisz kilka lub nawet całkiem sporo słów, lub gdy połączy was wspólne narzekanie, czekanie, wspólny cel do osiągnięcia. Takie sytuacje niesamowicie zbliżają ludzi do siebie, mimo różnicy wieku, płci, narodowości, poglądów czy wartości życiowych. W większości przypadków polegają na wspólnym wsparciu, wyszukiwaniu najlepszych rozwiązań, podjęciu decyzji, tłumaczeniu w przypadku problemów z dogadaniem się. I wreszcie, po godzinie lub wielu z nich nadchodzi moment rozstania, i co wtedy? Mówimy do zobaczenia lub see ya, chociaż wiadome jest, że to spotkanie było jedynym w życiowej karierze.

I tak, wspólne przygody z minuty na minutę popadają w zapomnienie,  kolejni ludzie gdzieś przypadkowo stają nam na drodze, i przez całe życie chwilami polegamy na kimś totalnie obcym, kto ma ten sam interes. Tylko dlaczego tak trudno mi o nich zapominać? Każdy w jakimś stopniu wpłynął na moją osobowość, wniósł coś, od każdego czegoś się nauczyłam, przejęłam informacje, gesty, humor czy pewne zachowania. To moja słabość, która w relatywny sposób kształtuje część mnie. Everything has a mixed blessing. Ale to doskonale odróżnia mnie od tych, którzy przez życie idą, szybko zapominając o czymkolwiek, co działo się nie będąc w grafiku zajęć.






wtorek, 4 grudnia 2012

Wielozadaniowi.

Można jeść przy muzyce, uprawiać jogging przy muzyce, zasypiać przy muzyce lub budzić się przy niej - ale czy da się przy muzyce słuchać muzyki?
Na te słowa natrafiłam całkowicie przypadkowo, biorąc w ręce Gazetę Wyborczą, a raczej jej jedną wyciągniętą kartkę. Zachęciły mnie one całkiem skutecznie do wczytania się w resztę artykułu autorstwa Zygmunta Baumana, socjologa i filozofa, który pod lupę wziął możliwość zmieszczenia 9,5 godziny konsumpcji mediów przez młodych ludzi w 6,5 godziny czasu rzeczywistego. Wydaje się niemożliwe, ale przestudiowanie artykułu dało mi znakomitą odpowiedź. Jak mówi Bauman w swoim eseju, "przeciętnemu Brytyjczykowi udaje się wtłoczyć 8 godzin i 48 minut kontaktu z mediami w nieco ponad 7 godzin konsumpcji mediów."

W dobie dzisiejszych wynalazków, które pozwalają nam jednocześnie słuchać muzyki, oglądać program telewizyjny, czytać książkę i przeglądać portale internetowe nic nie wydaje się już awykonalne. Wręcz przeciwnie, kiedy oglądając programy informacyjne w tym samym momencie trzymam laptopa na kolanach czuję się bardziej "otwarta" na świat, przywiązana do niego, lepiej poinformowana. Banalnie prosty nawet dla starszych i dzieci dostęp do wszelakich newsów, wiedzy czy sposobów na wykonanie czynności stał się idealną pożywką dla tych, którzy chcą wykorzystać ludzkie przyciąganie do tego, co miłe i przyjemne.
Tak więc artykuły stają się łatwiejsze do przeczytania, trudne słowa wyparte przez te czytelne, przyciągające czytelnika. Filmy niekomercyjne znaleźć można w kinach tylko studenckich albo mniej znanych, a słuchając prezentera w telewizyjnych wiadomościach ma się wrażenie, jakby czytał on prędzej Słonia Trąbalskiego, nie ważne informacje ze świata i kraju.

Co więcej, łatwość odnajdywania informacji sprawiła, że nie uczymy się już pewnych rzeczy na pamięć, bo i co po, skoro zawsze można je mieć pod ręką. Z jednej strony to świetna wiadomość dla tych, dla których nauka sprawiała problemy. Z drugiej, w perspektywie kilkunastu kolejnych lat nikt nie będzie potrafił obejść się bez dostępu do Internetu. Kolejnym zagrożeniem jest szybkie "wyrzucanie" przeczytanych informacji. Perspektywa natychmiastowego zapominania, pisze Bauman, nie jest w tym wypadku ani niepokojąca, ani mile widziana. Staje się po prostu nieistotna. Dawne ostrzeżenie: "Jednym uchem wleci, drugim wyleci", nie zostałoby dziś ani potraktowane poważnie, ani wyśmiane. Najprawdopodobniej nie zostałoby w ogóle zrozumiane.